Dzisiaj mam dla Was wpis z naszej ostatniej wyprawy w Karkonosze, zanim jednak do niej przejdę, muszę poruszyć inny temat, a mianowicie kolejny dowód na głupotę internetu, w myśl zasady: nic nie wiem, nie znam się, ale i tak się wypowiem.
O co chodzi? Karkonoski Park Narodowy, bodajże w ubiegłym roku, rozpoczął remont zielonego szlaku – moim osobistym zdaniem jednego z najpiękniejszych w Karkonoszach. Chodzi właśnie o tytułowe Śnieżne Stawki i Śnieżne Kotły. To właśnie idąc zielonym, możemy podziwiać majestat Śnieżnych Kotłów. Coś pięknego.
Przez dłuższy czas szlak był niedostępny dla turystów. Miał zostać otwarty w czerwcu, potem pojawiła się informacja o opóźnieniu. Na szczęście nie trzeba było długo czekać – kilkanaście dni później szlak uruchomiono. Co ciekawe, w materiałach przesłanych do lokalnych redakcji znalazły się też zdjęcia drewnianych mostków, podestów, oczywiście z grafikami środków unijnych, dzięki którym zrealizowano to przedsięwzięcie.
I wtedy zaczął się hejt. Gdziekolwiek pojawiała się ta informacja, setki komentarzy krytykowały wykonaną pracę. Internetowi mędrcy informowali, że zniszczono cudowny szlak, jego pierwotny charakter, że wszystko uproszczono i ułatwiono. Jak możecie się domyślić, okazało się to wierutną bzdurą – a pisali to ludzie, którzy w ogóle na tym szlaku nie byli, czyli typowo. Kładek pojawiło się może z trzy, i to wcale nie w najtrudniejszych miejscach. Te odcinki, które były kamieniste i trudne do przebycia, takie pozostały.
Informacja jednak poszła w świat i wiecie co? Idąc w poprzednią sobotę, dwukrotnie – choć uważam, że takich przypadków mogło być więcej – natknąłem się na ludzi w minimalistycznym obuwiu. Uwierzcie mi, nawet ktoś zaprawiony w tego typu asortymencie mógłby przeliczyć swoje możliwości na tym szlaku. Charakteryzują go nie tylko duże głazy, po których trzeba przechodzić, ale też drobne kamyczki mocno wbijające się w podeszwę. Gdy zobaczyłem pana w cienkich, gumowych, palczastych butach Vibramach, a chwilę później drugiego w minimalistycznych sandałkach typu japonki, naprawdę się przeraziłem. Do tego właśnie prowadzi pobieranie informacji od internetowych „mędrców”.
Sama wyprawa
Nie będę ukrywał, że lekko nie było. 15 sierpnia to oczywiście wysyp turystów – nie tylko w górach, ale i nad morzem, i chyba w całym naszym kraju. My jednak szliśmy całą rodziną, bez pośpiechu, spokojnie zaliczając kolejne kilometry i ciesząc się widokami. Turyści (a było ich sporo) nie przeszkadzali nam.
Nasze dzieci zachwyciły się zarówno Śnieżnymi Stawkami, jak i samymi Śnieżnymi Kotłami. Były tam pierwszy raz, choć od dwóch lat mają już za sobą podejścia liczące kilkaset metrów przewyższenia. Natomiast my z Marta wróciliśmy tam po 9 latach - ależ ten czas zleciał.
W każdym razie gorąco zachęcam do odwiedzenia Karkonoszy, zwłaszcza teraz, gdy zakwitły wrzosy. Dla tych z bliska, nie muszę pisać, że jeśli tylko możecie, wybierzcie się w dzień powszedni, a nie w weekend. Tym, którzy nie mają takiej możliwości, mogę napisać tylko tyle: bądźcie cierpliwi, widoki wam to zrekompensują ;)
Nasza trasa
My ze względu na dzieci podjechaliśmy wyciągiem na pierwszy etap i dopiero stamtąd zaczęliśmy się wspinać – najpierw do Schroniska pod Łabskim Szczytem, a później zielonym szlakiem do Śnieżnych Stawków i dalej podejściem pod Wielki Szyszak. Następnie od góry Śnieżne Kotły i granią do wyciągu, skąd zjechaliśmy w dół. Łącznie zrobiliśmy 14,5 km, a przewyższenie wyniosło 780 m.
Poniżej fotorelacja z wyprawy.
Mały Śnieżny Kocioł
Stawik i Wielki Śnieżny Kocioł
Po dotarciu pod wyciąg 50 minut musieliśmy odstać, żeby zjechac na dół ;)























