Odkąd pamiętam, fascynowały mnie budynki. Niezależnie od tego, jak wyglądały, pociągała mnie ich bryła, forma i ogólny przekaz – ale nie dotyczy to wszystkich budowli, tylko tych starszych, często zabytkowych. Może wynika to z tego, że mieszkam na terenie dawnych Łużyc, których symbolem są przepiękne domy przysłupowe. W każdym razie czy jeżdżąc rowerem po okolicy, czy przebywając gdzieś dalej, nawet na wczasach za granicą, zawsze przyglądam się ciekawym budynkom.
Tak samo było i podczas tegorocznej wizyty w Dziwnowie. Co do naszego morskiego wybrzeża nie mam złudzeń i zdaję sobie sprawę, że wkrótce zamieni się ono – tak jak w Hiszpanii czy Grecji – w stojące w niedalekiej odległości od siebie hotelowe molochy. Tym bardziej lubię wyłapywać budynkowe perełki. I o dziwo, będąc w Dziwnowie, zobaczyłem ich kilka. Jak się okazało, wszystkie to dziewiętnastowieczne budynki pruskie w stylu eklektycznym.
Najbardziej spodobała mi się Villa Silvana, czyli najstarszy i największy pensjonat na terenie dawnego Ost-Dievenow. Niestety budynek jest w opłakanym stanie i nic nie wskazuje na to, żeby miał zostać odrestaurowany. W tym miejscu stoi też kilka innych budynków, na szczęście w o wiele lepszym stanie – szkoda tylko, że bardzo często są zeszpecone obrzydliwymi reklamami czy świetlnymi tablicami. Samorząd powinien tego zakazać!
W każdym razie pomyślałem sobie, że skoro samorządy są tak łase na pieniądze z turystyki, a co za tym idzie – częso bezkrytycznie (patrz sławny już koszmarek z Pobierowa) popierają budowę potężnych molochów, to może warto pomyśleć o tym, co już mają, czyli o zabytkowych budynkach, i zacząć zawierać transakcje wiązane. Ok, damy wam zgodę na budowę, ale wy w zamian wesprzecie nas środkami, które pozwolą nam wyremontować taki obiekt czy zabytek. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie budynki należą do samorządów, ale wydaje mi się, że gdyby właściciel miał możliwość oddania coraz bardziej niszczejącej ruiny, nawet na mniej korzystnych warunkach, to poszedłby na taki układ z danym samorządem. Tym samym samorząd zyskałby nie tylko wpływy do budżetu z hotelowego molocha, ale też zwiększyłby atrakcyjność turystyczną miejscowości.
Oczywiście to tylko pobożne życzenia – poza sezonem miejscowości nadmorskie się wyludniają i taki obiekt trzeba by było utrzymywać przez większą część roku. Wydaje mi się jednak, że warto by było ponieść taką "ofiarę", zamiast brukować kolejny chodnik, ulicę, czy zejście z plaży, czy stawiać jakieś dziwne metalowe rzeźby, które rzekomo mają zwiększać jej atrakcyjność...
(Potraktujcie ten wpis jako przykład, a nie moja osobistą wycieczkę do tej konkretnej miejscowości. Zdaje sobie sprawę, że chyba wszędzie wygląda to tak samo.)