środa, 30 września 2026

Pełnia Żniw – znowu nieudane polowanie

Muszę przyznać, że ostatnio, jeżeli chodzi o zdjęcia księżyca, to mi się nie wiedzie. Tym razem jednak miało być inaczej i „pełnia żniw” miała doczekać się pięknych kadrów. Nic z tego.

Liczyłem na to, że skoro trwa piękna, wyżowa pogoda, niebo jest błękitne, to nie ma szans, żeby się nie udało. Dlatego miałem nadzieję, że zobaczę olbrzymią tarczę, wschodzącego nad koronami drzew księżyca, do tego w lekkiej, czerwonej poświacie. Niestety pod wieczór na widnokręgu pojawiło się trochę chmurek i zepsuło cały efekt…

Jedyne co się udało, to piękne chmury podświetlone zachodzącym słońcem. Pełnia pokazała swoją moc, dopiero gdy zrobiło się całkiem ciemno, a księżyc wzniósł się nieco wyżej. Jednak to nie było już nic specjalnego, czego nie moglibyśmy obejrzeć podczas „zwykłych” pełni. No nic, to do następnego razu. W końcu musi się udać  😅

Poniżej kilka ciekawostek o „pełni żniw” - wyjątkowych i najbardziej rozpoznawalnych pełni w roku👇  

Światło zamiast ciemności (pomoc dla rolników) 

Nazwa pochodzi z czasów przed elektrycznością. Zazwyczaj Księżyc wschodzi co dobę o około 50 minut później. Jednak w okolicach równonocy jesiennej, z powodu wyjątkowo małego kąta między ekliptyką a horyzontem, opóźnienie to wynosi zaledwie od kilkunastu do około 30 minut. Dzięki temu przez kilka nocy z rzędu tuż po zachodzie słońca pojawia się jasny Księżyc, co dawniej pozwalało rolnikom kontynuować pracę na polach późno w nocy.

Intensywny, pomarańczowy kolor

Podczas tej pełni Księżyc wschodzi wyjątkowo nisko nad horyzontem. Światło księżycowe musi pokonać dłuższą drogę przez gęstą atmosferę Ziemi, co rozprasza fale światła niebieskiego i pozostawia tonacje czerwone oraz pomarańczowe. W efekcie tarcza często przypomina olbrzymią, dojrzałą dynię.

Iluzja księżycowa

Gdy Księżyc znajduje się nisko nad horyzontem, nasz mózg porównuje go z obiektami na ziemi (drzewami, budynkami, wzgórzami). W efekcie wydaje się nam gigantyczny, choć w rzeczywistości ma dokładnie taki sam rozmiar kątowy, jak wtedy, gdy świeci wysoko na niebie.

Nie zawsze jest w nostalgicznym wrześniu

Chociaż Pełnia Żniw kojarzy się głównie z końcówką września, jej definicja opiera się na astronomii – jest to pełnia leżąca najbliżej równonocy jesiennej. Oznacza to, że raz na kilka lat (średnio co 3–5 lat) wypadanie tej pełni przenosi się na początek października.

Symbol w kulturalnym kalendarzu

W azjatyckich kulturach (np. w Chinach, Wietnamie czy Japonii) ta sama pełnia jest fundamentem Święta Środka Jesieni (Festiwalu Księżyca). To jedno z najważniejszych tradycyjnych świąt, podczas którego rodziny spotykają się, by podziwiać jasny Księżyc, jeść tradycyjne ciasteczka księżycowe (mooncakes) i dziękować za obfite zbiory.

harvest moon - księżyc żniw HAL_6490 moon

czwartek, 24 września 2026

Jesień jest fajna i „kropka”

Przeglądając internet, muszę przyznać, że poza polityką widzę ostatnio wysyp jesiennych memów, których zdecydowana większość jest niczym innym jak narzekaniem na trwającą, a raczej rozpoczynającą się porę roku. Mam zupełnie inne odczucie — ja lubię jesień, zwłaszcza w jej pierwszym wydaniu.

Lubię jesień, bo po pierwsze robi się chłodniej, a ja jakoś lepiej funkcjonuję, gdy nie przegrzewają mi się neuronowe styki. Lepiej funkcjonuję, lepiej mi się biega, chyba nawet lepiej mi się myśli. To ostatnie ma raczej związek z tym, że jesień jest też jakby zapowiedzią pewnego zwolnienia. Krótsze dni, słabsze słońce i człowiek jakby automatycznie sam zaciąga hamulec. Oczywiście ta postawa nie jest ściśle związana z porą roku, a raczej z odpowiednim nastawieniem, ale jednak wraz z początkiem jesieni człowiek już tak nie pędzi.

Lubię jesień, bo właśnie teraz rozpoczynają się piękne wschody i zachody słońca. Nasza życiodajna gwiazda nie wschodzi i nie zachodzi o jakichś abstrakcyjnych porach, tylko pozwala się złapać z aparatem w ręku o rozsądnej godzinie. Jednocześnie kolory, jakie uzyskują ze względu na pozycję słońca chmury, są niesamowite, a wraz z upływem kolejnych dni będą stawały się coraz piękniejsze.

Lubię jesień, bo są grzyby, a nic tak nie uspokaja, nic tak nie pozwala cieszyć się przyrodą, jak spacer po lesie w poszukiwaniu grzybów. Co więcej, nieraz poszukiwanie grzybów było i jest dla nas tylko pretekstem do wyjazdu — świadomi, że może nic nie znajdziemy, i tak jedziemy, żeby po prostu cieszyć się przyrodą.

Lubię jesień, bo poranki robią się chłodne, pojawia się cudowna rosa, a już niedługo także mróz i szron, co pozwala zapolować na przepiękne promyki, kropelki czy iskrzące się wodnymi diamentami pajęczyny.

Lubię jesień, bo jest też zakończeniem monotonii zieleni. I nie zamierzam narzekać na wegetację — dzięki zieleni żyjemy, bo mamy czym oddychać — ale jesień wraz z coraz bardziej kolorowymi liśćmi pozostawia niesamowite wrażenia.

Lubię jesień, bo w polach nie ma już zbóż i wybierając się na spacer, można z daleka obserwować zwierzynę czy ptaki. Jesień pozwala, że tak się wyrażę, odzyskać krajobraz.

Jednak nie lubię jesieni w wydaniu listopadowo-grudniowym. Gdy liści już nie ma, gdy za oknami pędzą orkany, jest mokro, buro i ponuro. No ale czas nie stoi w miejscu i trzeba się do tego przyzwyczaić.



September Clouds Autumn Dew a landscape with goldenrod and willows cross spider - pająk krzyżak Autumn Dew the turn of summer and fall / przełom lata i jesieni Autumn Dew September Clouds Autumn Dew an overgrown road common spindle tree - trzmielina pospolita cornflower - chaber

czwartek, 17 września 2026

Bardziej żywotny niż ksenomorf, piekny chociaż bardzo toksyczny jesienny kwiat bez liści

Przez długi czas żyłem w nieświadomości, kojarząc ten „duży różowy krokus” jako kwiat, który jest dla mnie zwiastunem dwóch wydarzeń w świcie przyrody: bliskiej i dalekiej, no bardzo dalekiej. W pierwszej kolejności ziemowit jesienny, bo nim mowa, zakwitając we wrześniu, przypomina mi, że już wkrótce zieleń zastąpią przecudne kolory jesiennych liści, że będzie barwnie i kolorowo. 

Z drugiej zaś strony zapowiada też, że po brzydkiej listopadowej jesieni i zimie, znowu przyjdzie wiosna z prawdziwymi krokusami, przebiśniegi i śnieżyczkami. Pisząc krótko - przypominał, żeby nie popadać w pogodową melancholię. 

Dzisiaj jednak chcę wam przedstawić bliżej tę roślinę, bo jest ona bardzo nietypowa i co ważne - zwłaszcza w perspektywie dzieci - silnie trująca!

Zimowit jesienny (Colchicum autumnale)

Kwiat bez liści: Zimowit kwitnie od września do października, wypuszczając z ziemi wyłącznie kwiaty, całkowicie pozbawione liści. Liście oraz owoce pojawiają się dopiero wiosną następnego roku, co wyróżnia go na tle większości roślin ogrodowych.

Silnie trujący (kolchicyna): cała roślina zawiera kolchicynę – silnie toksyczny alkaloid zwany czasem „roślinną arszenikiem”. Spożycie zaledwie kilku gramów nasion lub cebul może być śmiertelne dla człowieka i zwierząt. Z drugiej strony w odpowiednio dawkowanych, minimalnych ilościach kolchicyna od wieków służy jako lek na dnę moczanową. Jest też wykorzystywana w genetyce roślin do wywoływania mutacji (poliploidalności).

Częsta pomyłka: Choć przypomina krokusa jesiennego, można je łatwo odróżnić po pręcikach – zimowit ma ich 6, a krokus tylko 3. I na koniec, czy wiecie, że cebule zimowita mają tak duże zapasy energii, że ksenomorf z Obcego może się schować?! Wyobraźcie sobie, że kwiaty te potrafią zakwitnąć postawione na suchym parapecie bez ziemi i wody.

autumn crocus  - zimowit jesienny autumn crocus  / zimowit jesienny autumn crocus - zimowit jesienny autumn crocus  (zimowit jesienny)

piątek, 11 września 2026

Zaczyna się czas ludzkiej hibernacji ;)

Nie, nie zamierzam pisać o tym, jak przygotować się na podróż na Marsa, tylko wyjaśnić rozpoczynające się właśnie – i, jak widzę po sobie, zaskakująco wczesne w tym roku – przesilenie jesienne.

Czujesz się ostatnio jak mucha w smole? Na nic nie masz ochoty, a rzeczy, które do tej pory wykonywałeś z przyjemnością, teraz sprawiają ci trudność i musisz się zmuszać, żeby je wykonać? Nie martw się, nie jesteś sam. A wszystkie „mędrkowe" porady typu „weź się ogarnij" możesz spokojnie zignorować, bo to, co czujesz, to nic innego jak znak jesieni i początek ludzkiej hibernacji.

Co się dzieje?

Drastyczny spadek natężenia światła słonecznego rozregulowuje szyszynkę, która zaczyna produkować melatoninę (hormon snu) znacznie wcześniej w ciągu dnia. Jednocześnie spada poziom serotoniny. Efekt? Mózg dostaje sygnał, że pora iść spać, mimo że jest dopiero 16:00.

Wielu osobom wydaje się, że jesienny spadek nastroju wynika z chłodu odczuwanego na skórze. W rzeczywistości kluczowe są oczy. To fotoreceptory w siatkówce przesyłają sygnał do jądra nadskrzyżowaniowego w mózgu – naszego wewnętrznego zegara biologicznego. Dlatego wystawianie oczu na naturalne światło rano, nawet w pochmurny dzień, działa jak biologiczny przycisk „reset".

Co ciekawe, zdaniem niektórych naukowców to swoisty ewolucyjny powiew „ludzkiej hibernacji". Jesienne przesilenie miałoby być pozostałością po naszych przodkach – w dawnych czasach zima oznaczała drastyczny brak pożywienia. Spadek energii, chęć pozostania w domu i odkładanie tkanki tłuszczowej były mechanizmami przetrwania, które miały oszczędzać kalorie.

Niezależnie od tego, czy się z tą teorią zgadzasz, efekt jest jeden: gdy dni stają się krótsze, nasz naturalny rytm biologiczny rozjeżdża się z budzikiem i planem dnia. Odczuwamy wtedy tzw. social jet-lag – objawy niemal identyczne jak po przelocie między strefami czasowymi: zmęczenie, rozdrażnienie, problemy z koncentracją.

Jak sobie pomóc?

Jesienią nachodzi nas ochota na węglowodany – pieczywo, makarony, słodycze. To nie brak silnej woli, tylko czysta biologia: węglowodany stymulują wyrzut insuliny, co ułatwia aminokwasowi o nazwie tryptofan dotarcie do mózgu. Tryptofan jest bezpośrednim substratem do produkcji serotoniny – organizm podświadomie próbuje więc w ten sposób poprawić sobie nastrój. Nie ma się co dziwić, że zaczynamy podjadać – byle mieć to pod kontrolą ;)

3 proste sposoby na zhakowanie biochemii

  1. Poranny wypad na dwór – nieważne, czy to spacer, rower, czy bieganie. Liczy się to, że potrafi ustawić cały dzień. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy otumanieni przynajmniej do drugiej kawy.
  2. Światłoterapia – wystaw głowę za okno. Serio, wystarczy nawet posiedzieć i popatrzeć w chmury. Teoretycznie ta sprawa jest ściśle powiązana z punktem pierwszym. Jeśli jednak nie masz kiedy wyjść na dwór, warto chociaż wypić kawę czy herbatę, wyglądając przez otwarte okno, albo stojąc czy siedząc przed domem.
  3. Suplementacja witaminy D3 – tu nie ma co się rozpisywać. Na naszej szerokości geograficznej powinniśmy suplementować witaminę D3, a osoby bardzo aktywne fizycznie – najlepiej przez cały rok.
 
spiderweb lilia poziomka / wild strawberry Czernidłaki - Ink caps rose koźlak / goat pąk róży spiderweb

środa, 2 września 2026

Ta „mimoza" z piosenki Niemena to inwazyjny agresor, zwany "złotą dziewicą". I wcale nie mimoza

Jedno jest pewne – nie o takich mimozach myślał Julian Tuwim, pisząc „Wspomnienie", które później wyśpiewywał Czesław Niemen. Dziś kilka botanicznych ciekawostek o roślinie, która jest zarówno piękna, jak i straszna. Przekonajcie się sami.

Ale od początku. Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis), uwieczniona przez Czesława Niemena w piosence „Wspomnienie" („Mimozami jesień się zaczyna...") z prawdziwą mimozą ma wspólny jedynie żółty kolor i porę kwitnienia. Prawdziwa mimoza (Mimosa pudica) to roślina z rodziny bobowatych, słynąca z tego, że jej liście natychmiast składają się po dotknięciu. Nawłoć należy do rodziny astrowatych i na dotyk w ogóle nie reaguje.

Czesław Niemen – a w zasadzie Julian Tuwim, bo piosenka „Wspomnienie" jest muzyczną adaptacją jego wiersza z 1930 roku – niemal na pewno nie miał na myśli botanicznej mimozy. Wyklucza to sam klimat i geografia. Prawdziwa mimoza (czułek wstydliwy) pochodzi z tropikalnych rejonów Ameryki Południowej. W polskim klimacie nie rośnie dziko ani na polach, ani w parkach – można ją spotkać wyłącznie w szklarniach albo jako roślinę doniczkową na parapecie. Botaniczna mimoza kwitnie na fioletowo-różowo, a nie na złoto, i trudno nazwać ją symbolem polskiej jesieni.

Skąd więc ten błąd? W poezji dwudziestolecia międzywojennego słowo „mimoza" było powszechnie używaną metaforą czegoś niezwykle delikatnego, kruchego i wrażliwego na najmniejszy dotyk – właśnie ze względu na zdolność tej rośliny do natychmiastowego zwijania liści.

Tuwim użył tego pojęcia poetycko – być może przenosząc tę wrażliwość na jesienną melancholię i pierwsze powiewy chłodu, gdzie więdnąca przyroda przypomina wrażliwość mimozy, a być może nawiązując do potocznej nazwy, jaką Polacy od pokoleń błędnie nadawali żółto kwitnącym pod koniec lata łanom nawłoci. Więc chociaż Niemen śpiewa o „mimozach", w polskim krajobrazie jesień bezsprzecznie otwierają żółte pędy nawłoci.

Teraz kilka słów o samej roślinie, bo jak to bywa w przyrodzie – naprawdę potrafi zaskoczyć.

Roślina bardzo agresywna. Choć wygląda malowniczo, jest gatunkiem inwazyjnym, sprowadzonym do Europy z Ameryki Północnej w XVIII wieku jako roślina ozdobna. Dziś wypiera rodzime polskie gatunki i tworzy ogromne, jednolite „monokultury" opanowujące całe połacie ziemi.

Nieoceniona dla pszczelarzy. Mimo że jest szkodliwa dla lokalnej ekologii, pszczelarze ją uwielbiają. Kwitnie od sierpnia do października, dając pszczołom cenny pożytek w okresie, gdy większość innych roślin skończyła już swój sezon. Miód nawłociowy ceniony jest za właściwości wspomagające układ moczowy i krążenie.

Ważna w ziołolecznictwie. W lecznictwie ludowym nazywana bywa „złotą dziewicą" lub „złotą rózgą". Działa silnie moczopędnie, przeciwzapalnie i odkażająco. Pomaga przy schorzeniach nerek i pęcherza.

Niczym „Obcy" z filmów sci-fi. Jedna roślina potrafi wyprodukować do 20 000 nasion rocznie, które wiatr rozsiewa na ogromne odległości. Dodatkowo nawłoć rozmnaża się przez podziemne kłącza, tworząc gęste sieci, z których bardzo trudno ją usunąć.

Jest jadalna. Młode liście i pąki kwiatowe nawłoci nadają się do jedzenia. Można je parzyć jak herbatę lub dodawać do sałatek, choć z uwagi na ich właściwości lecznicze nie warto z tym przesadzać.


Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis L.) Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis L.) Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis L.) Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis L.)

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Co tam panie w polu piszczy?

No cóż? Kończą się właśnie wakacje. Tym samym kończy się to mało stabilne, tegoroczne lato. Momentami bardzo gorące, a momentami bardzo zimne. Jakbym miał określić to, co teraz się dzieje w przyrodzie, to napisałbym „dojrzałe lato”, a tuż za rogiem jesień.

Gdy świeci słońce, to człowiek nie zwróciłby uwagi, że dni coraz krótsze. Gdy jednak było parę pochmurnych dni. Padało. To już czuć było „jesieniarstwo”, a co za tym idzie, zaczynają człowieka nachodzić myśli, za minionymi chwilami, za tym, co nie wróci… 

Przyroda jednak nie próżnuje. Wiele się dzieje. Owady żerują, ptaki szykują się do odlotu (zwłaszcza jaskółki), a i na zaoranych polach można podpatrzeć sarny, lisy czy wieczorami borsuki. Jak sprawdzałem, bobry też nie próżnowały, ale o tym w innym wpisie. 

Jedynie śpiewu ptaków brakuje… 


trawa - grass mrówka oset - thistle Rudbekia błyskotliwa (Rudbeckia fulgida) HAL_6189 Chaber driakiewnik - Cornflower mrówki Cynia trawa - grass

środa, 26 sierpnia 2026

Owad, który okrada dla seksu, a który żył już przed dinozaurami!

Dziwna i niesamowita jest otaczająca nas natura i żeby się o tym przekonać, nie trzeba jeździć w jakieś egzotyczne rejony. Wystarczy wyjść do ogrodu. Opisywałem już tutaj chrząszcza niczym z horrorów, owada zrzucającego swoje larwy jak bombowce, czy innego, będącego długowieczną larwą i chwilowym dorosłym – jednak wojsiłka pospolita (Panorpa communis) przebija ich wszystkich.

Problem w tym, że zrobiłem mu (bo na zdjęciu samiec) tylko jedno zdjęcie – gdy chciałem zrobić kolejne, zwłaszcza „skorpionowego” odwłoku, on odleciał w nieznanym kierunku.

Najważniejsze cechy charakterystyczne:

Twór przypominający odwłok skorpiona: Czerwono-pomarańczowy, podwinięty do góry koniec odwłoka to aparat kopulacyjny samca. Jest całkowicie niegroźny dla ludzi – owad nie ma żądła ani jadu.

Głowa w kształcie „dzioba”: Posiada wydłużony aparat gębowy skierowany w dół, służący do pobierania pokarmu.

Skrzydła: Przezroczyste, z charakterystycznym czarnym, nieregularnym plamkowaniem.

Ciekawostki:

Kradzież prezentów godowych (transwestytyzm)
Samce wojsiłek, które są zbyt małe lub słabe, by samodzielnie upolować owada dla samicy, stosują sprytną taktykę. Naśladują zachowanie samic – przyjmują postawę uległości, aby oszukać silniejszych rywali. Gdy silniejszy samiec odda im upolowany „prezent ślubny”, oszust zabiera łup i ucieka, by wręczyć go prawdziwej samicy.

Złodzieje z pajęczych sieci
Wojsiłki to jedne z niewielu owadów, które bezczelnie okradają pająki. Potrafią wylądować na sieci pajęczej, odciąć zaplątaną tam martwą muchę i odlecieć z nią, zanim pająk zorientuje się, co się stało. Ich odnóża są wyjątkowo odporne na lepkie nici.

Kryminalni pomocnicy (entomologia sądowa)
Ze względu na to, że wojsiłki bardzo szybko wyczuwają zapach rozkładającego się białka i żywią się padliną, bywają wykorzystywane w medycynie sądowej. Ich obecność na miejscu zbrodni pomaga entomologom sądowym w dokładniejszym określaniu czasu zgonu.

Starożytny rodowód
To żywe skamieniałości – przodkowie dzisiejszych wojsiłek latali po Ziemi ponad 250 milionów lat temu, jeszcze przed pojawieniem się pierwszych dinozaurów. Co ciekawe, dzisiejsze pchły i muchówki są ewolucyjnie blisko spokrewnione właśnie z wojsiłkowatymi (Mecoptera) – wywodzą się z tej samej starożytnej gałęzi owadów.


ojsiłka pospolita (Panorpa communis)

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Śnieżne Stawki, Śnieżne Kotły i „mądrość internetu”

Dzisiaj mam dla Was wpis z naszej ostatniej wyprawy w Karkonosze, zanim jednak do niej przejdę, muszę poruszyć inny temat, a mianowicie kolejny dowód na głupotę internetu, w myśl zasady: nic nie wiem, nie znam się, ale i tak się wypowiem.

O co chodzi? Karkonoski Park Narodowy, bodajże w ubiegłym roku, rozpoczął remont zielonego szlaku – moim osobistym zdaniem jednego z najpiękniejszych w Karkonoszach. Chodzi właśnie o tytułowe Śnieżne Stawki i Śnieżne Kotły. To właśnie idąc zielonym, możemy podziwiać majestat Śnieżnych Kotłów. Coś pięknego.

Przez dłuższy czas szlak był niedostępny dla turystów. Miał zostać otwarty w czerwcu, potem pojawiła się informacja o opóźnieniu. Na szczęście nie trzeba było długo czekać – kilkanaście dni później szlak uruchomiono. Co ciekawe, w materiałach przesłanych do lokalnych redakcji znalazły się też zdjęcia drewnianych mostków, podestów, oczywiście z grafikami środków unijnych, dzięki którym zrealizowano to przedsięwzięcie.

I wtedy zaczął się hejt. Gdziekolwiek pojawiała się ta informacja, setki komentarzy krytykowały wykonaną pracę. Internetowi mędrcy informowali, że zniszczono cudowny szlak, jego pierwotny charakter, że wszystko uproszczono i ułatwiono. Jak możecie się domyślić, okazało się to wierutną bzdurą – a pisali to ludzie, którzy w ogóle na tym szlaku nie byli, czyli typowo. Kładek pojawiło się może z trzy, i to wcale nie w najtrudniejszych miejscach. Te odcinki, które były kamieniste i trudne do przebycia, takie pozostały.

Informacja jednak poszła w świat i wiecie co? Idąc w poprzednią sobotę, dwukrotnie – choć uważam, że takich przypadków mogło być więcej – natknąłem się na ludzi w minimalistycznym obuwiu. Uwierzcie mi, nawet ktoś zaprawiony w tego typu asortymencie mógłby przeliczyć swoje możliwości na tym szlaku. Charakteryzują go nie tylko duże głazy, po których trzeba przechodzić, ale też drobne kamyczki mocno wbijające się w podeszwę. Gdy zobaczyłem pana w cienkich, gumowych, palczastych butach Vibramach, a chwilę później drugiego w minimalistycznych sandałkach typu japonki, naprawdę się przeraziłem. Do tego właśnie prowadzi pobieranie informacji od internetowych „mędrców”.

Sama wyprawa

Nie będę ukrywał, że lekko nie było. 15 sierpnia to oczywiście wysyp turystów – nie tylko w górach, ale i nad morzem, i chyba w całym naszym kraju. My jednak szliśmy całą rodziną, bez pośpiechu, spokojnie zaliczając kolejne kilometry i ciesząc się widokami. Turyści (a było ich sporo) nie przeszkadzali nam. 

Nasze dzieci zachwyciły się zarówno Śnieżnymi Stawkami, jak i samymi Śnieżnymi Kotłami. Były tam pierwszy raz, choć od dwóch lat mają już za sobą podejścia liczące kilkaset metrów przewyższenia. Natomiast my z Marta wróciliśmy tam po 9 latach - ależ ten czas zleciał.

W każdym razie gorąco zachęcam do odwiedzenia Karkonoszy, zwłaszcza teraz, gdy zakwitły wrzosy. Dla tych z bliska, nie muszę pisać, że jeśli tylko możecie, wybierzcie się w dzień powszedni, a nie w weekend. Tym, którzy nie mają takiej możliwości, mogę napisać tylko tyle: bądźcie cierpliwi, widoki wam to zrekompensują ;)

Nasza trasa

My ze względu na dzieci podjechaliśmy wyciągiem na pierwszy etap i dopiero stamtąd zaczęliśmy się wspinać – najpierw do Schroniska pod Łabskim Szczytem, a później zielonym szlakiem do Śnieżnych Stawków i dalej podejściem pod Wielki Szyszak. Następnie od góry Śnieżne Kotły i granią do wyciągu, skąd zjechaliśmy w dół. Łącznie zrobiliśmy 14,5 km, a przewyższenie wyniosło 780 m.

Poniżej fotorelacja z wyprawy.


HAL_5905 HAL_5902 HAL_5903 HAL_5915 HAL_5914 HAL_5922 Mały Śnieżny Kocioł HAL_5927 Mały Śnieży Kocioł Mały Śnieży Kocioł Stawik i Wielki Śnieżny Kocioł HAL_5930 Stawki - Karkonosze (viltrox 14/4) HAL_5933 HAL_5940 HAL_5938 Wielki Śnieżny Kocioł HAL_5942 HAL_5954 HAL_5959 HAL_5958 Wielki Śnieżny Kocioł Wielki Śnieżny Kocioł HAL_5982 HAL_5981 HAL_5992 HAL_5971 HAL_5995 HAL_5998 kwitnące wrzosy w Karkonoszach kwitnące wrzosy w Karkonoszach HAL_6000 HAL_6005 HAL_6009< Po dotarciu pod wyciąg 50 minut musieliśmy odstać, żeby zjechac na dół ;) Kolejka< HAL_6006 HAL_6008