Za tymi dwoma kadrami stoi taka historia: gdy wracaliśmy z synem z przedszkola i byliśmy już całkiem blisko domu, moją uwagę przykuł ślimak winniczek posuwający się w płytkiej kałuży. Nie wiem, ale jakoś mnie to ujęcie urzekło, zapewne przez lustrzane odbicie ślimaka widoczne w wodzie, ale co miałem zrobić? Tylko smartfon w kieszeni, a aparat w domu. Trudno jednak za pomocą telefonu przedstawić „klimat” chwili, można, ale to zależy od sceny. W tym przypadku raczej bez szans. Dlatego postanowiłem pojechać po sprzęt i wrócić.
Szybko zostawiłem Michała w domu, zabrałem samo body z założonym obiektywem makro, po czym wróciłem na miejsce. Niestety, to już nie było to samo ujęcie jak sprzed kilku chwil. Ślimak nie był w tak wyciągniętej pozie ani moment nie był taki sam. W każdym razie zrobiłem kilka kadrów, z których najbardziej spodobały mi się te dwa.
Czy dobrze zrobiłem? Nie wiem, ale zbyt często przegapiałem dobre zdjęcie, a jak mówią, najlepsze zdjęcia to te, które robisz, bo masz przy sobie aparat, a nie te, które TYLKO widzisz. Wydaje mi się, że takie nieodpuszczenie jest też dobrym ćwiczeniem w obserwacji otaczającej nas codzienności i „wyciąganiu” ciekawych kadrów. Coś jak z sumieniem - gdy te nakłania cię do jakichś dobrych postepowań, a ty je cały czas lekceważysz, to w końcu przestaniesz słyszeć jego głos i tak - jak sądzę - może też być ze zmysłem obserwacji, też można go utracić…